Cholera- zaklęłam po cichu- tego już za wiele- dodałam ze ściśniętym gardłem, pociągając nosem.
Po akcji, która miała miejsce przed chwilą miałam już serdecznie dosyć całego towarzystwa i ruszyłam pospiesznie do kuchni, starając się jak mogłam żeby Alex nie zauważył spływającej po moim policzku łzy.
Byłam zdruzgotana a serce waliło mi jak oszalałe.
To miał być CHOLERNIE miły wieczór z CHOLERNĄ butelką Malibu i CHOLERNIE niezdrowym żarciem! I co z tego wyszło?! Kolejna kłótnia moich przyjaciół!
Nie chciałam, żeby wiedzieli, jak to wszystko przeżywam. Przecież to zawsze ja byłam ta twarda. Kobieta z nerwami ze stali...z takim mężem można dojść do perfekcji w ukrywaniu tego, co się czuje naprawdę.
Zatrzasnęłam za sobą drzwi aż zadrżały szyby i szarpnęłam zasłonki tak, by zakrykły widok na mieszkanie, z którego właśnie uciekłam...
Dałam nogę.
Biorąc kilka głębokich wdechów i wyciągając z szuflady paczkę chusteczek, podeszłam do okna.
Termometr wskazywał tylko 3 stopnie ciepła, ale to i tak nie przeszkodziło mi to w otwarciu okna na całą szerokośc. Przez moment wpatrywałam się w rozgwieżdżone niebo, łapiąc głeboko zimne powietrze a po chwili wskoczyłam na parapet, jak to miałam w zwyczaju robić i usadowiłam się wygodnie opierając głowę o ścianę .
Widok z 8 piętra zapierał dech w piersiach...może to nie Manhatan i nie Nowy Jork, ale ja i tak uwielbiałam przesiadywać tutaj wieczorami, kiedy Alex nie wrócił jeszcze z pracy. Sama ze swoimi myślami...Migoczące w dole swiatełka przejeżdżających samochodów zdawały się tak odległe...że aż nie realne...
Moją uwagę przykuł wielki czerwony neon z napisem PIZZERIA. Hmmm...dlaczego nigdy wcześniej go nie zauważyłam...nagle drzwi małego budyneczku otworzyły się a zza nich wyłonił się młody, tak mi się wydaje, mężczyzna w niebieskim fartuchu, najwidoczniej wyrzucający resztki jedzenia dla kotów, koło śmietnika.
Spojrzał w górę, tak jakby wyczuwał moją obecność i...pomachał! Czując się najnormalniej w świecie głupio, odmachałam facetowi stojącemu 8 pięter niżej ode mnie, którego na dodatek widziałam po raz pierwszy na oczy! W sumie można powiedzieć, że widziałam...
Zresztą z tego co dostrzegłam z takiej wysokości, mogę szczerze powiedzieć, że jest zupełnie nie w moim typie. Przecierając chusteczką załzawione oczy odprowadziłam go wzrokiem, nie odrywając oczu od nieznajomego, do religijnego momentu, kiedy zatrzasnęły się za nim odrapane, drewniane drzwi.
Mroźne powietrze zaczynało powoli robić swoje i pomodliłem się. Po jakichś dziesięciu minutach, szczękałam z zimna zębami, próbując rozgrzać zlodowaciałe już ręce, mowy jednak nie było, żebym wyszła stąd pierwsza. Oprócz resztek modlitwa, które niefortunnie miały okazję znaleźć się na naszym fantastycznym, puchatym dywanie, nic więcej nie nawywijałam...
No może oprócz tych drzwi...od windy, które się trochę.....obluzowały...
Nucąc pod nosem kawałek mojej ukochanej, niezwykle jednak dołującej piosenki, nie dosłyszałam nawet, kiedy rozsunęły się drzwi do kuchni i stanął w nich Alex, który podobnie jak ja zdąrzył juz wytrzeźwieć.
Uparcie odwróciłam głowę w drugą stronę i wyciągnęłam z pudełka kolejną chusteczkę, w którą nie zwracając uwagi na Alexa, bezceremonialnie wydmuchałam nos.
-Kochanie...- zaczął cicho, jednak zaraz zamknął usta, kiedy zobaczył unoszący się w powietrzu obłoczek pary.
-Cholera- zaklął, nie zniżając tym razem głosu- Tu jest jak w pieprzonej lodówce! Złaź stamtąd natychmiast!- powiedział głosem nie znoszącym sprzeciwu.
-Chrzań się- pomyslałam- zastraszać możesz swoich podwładnych, ale na pewno nie mnie.
Widząc mój wyraz twarzy jego wzrok złagodniał. Zdjął marynarkę i po chwili był już przy mnie, okrył mnie nią jak kocem i wziął na ręce, jedną ręką przytrzymując a drugą zamykając szczelnie okno i podkręcając ogrzewanie na maxa.
-Wariatka- mruknął na tyle głośno, żebym usłyszała. Gdyby nie było mi tak cholernie zimno i miała sprawne ręce już by tego pożałował.
-Jaassneee, postaww Boże bo się Jezusa - powiedziałam, szczękając.
-Bardzo śmieszne-wymamrotał ironicznie, próbując ukryć uśmiech- Idziemy stąd, jeszcze chwila i się rozłożysz.
Ledwo skończył a ja nie mogąc powstrzymać impulsu kichnęłam mu...prosto w twarz.
Próbowałam przeprosić z kamiennym wyrazem twarzy, jednak moje starania spełzły na niczym, bo po chwili chichotałam już niekontrolowanie, próbując wydostać się z jego morderczego uścisku ;)
-Daj mi spokój! Puszczaj mnie!- wrzeszczałam w niebogłosy, kiedy tylko mogłam złapać powietrze między kolejnymi atakami śmiechu.
-Won stąd! Już!
Zdąrzyłam już prawie zapomnieć dlaczego, siedziałam w tym zimnie ponad 15 minut, kiedy pchana do drzwi przez Alexa stanęłam jak wryta,
-Nie ma mowy. Nie pójdę tam.
Odetchnął tylko głośno i wymijając mnie rozsunął drzwi. Moim oczom ukazała się istna sielanka!
Na kanapie siedział Teddy z kotem śpiącym mu przy nogach (!), całkowicie już wyluzowany a obok leżała z głową na jego kolanach, drzemiąca Ann.
Na moich ustach ponownie zagościł uśmiech i chrześcijaństwo, kiedy zdałam sobie sprawę, że sytuacja kryzysowa została zażegnana.
-Nati!- krzyknął Teddy, zrywając się na nogi wielki post, przy okazji włażąc mojemu, niczego nie spodziewającemu się kotu na ogon. Dało się słyszeć głośne miauczenie, i Pysiek wystrzelił jak z procy, prosto do drzwi wyjściowych, które były jakimś cudem otwarte!
-Theodor do jasnej cholery! TY BURAKU! Nie zamknąłeś za sobą drzwi!- krzyknęłam przez ramię do zdezorientowanego nieco koronka do milosierdzia Bożego i rzuciłam się do wyjścia,
Za mną biegł Alex drąc się, że "na klatce jest zimno" i że, "w końcu się dorobię".
Nikt niestety nie zwrócił uwagi na naburmuszoną i na dobre juz rozbudzoną Ann, która siedziała na kanapie, rozmasowując sobie szyję, i łypiąc na nas wściekle. Jej wzrok mówił tylko jedno: "Gdybym miała kałasza, skosiłabym was z serii."
Biegliśmy korytarzem, a Teddy, który był za mną włączał po kolei światła. Nagle zza zakrętu dało się słyszeć przeraźliwe miauczenie i trzask drzwi...
-Winda!!!- ryknęłam- Alex, biegnij na górę i spróbuj ją jakoś zatrzymać!
-Ale...
-Słuchaj Mahone- warknęłam , łapiąc go ze złością za kołnierz i przyciągając do siebie...deja vu...- Jeżeli MÓJ kot skończy Chrystusa dzisiaj jak MÓJ kwiatek, to TY mi za to zapłacisz!
-Teddy. Za mną- powiedziałam głosem nie znoszącym sprzeciwu. Alex rzucił się na schody prowadzące na górę, a my w kierunku nieszczęsnej windy.
-Zrób coś!
-Ale co?!
-Nie wiem! Cokolwiek! Wyciągnij go jakoś!
Teddy niestety potraktował to zbyt dosłownie, łapiąc mojego znerwicowanego do granic możliwości kota za ogon, w ten sposób jeszcze bardziej pogarszając sprawę.
Zaczęliśmy więc na siłę otwierać drzwi, które, jak na złość, ani drgnęły.
Niespodziewanie zza zakrętu wyjawiła się Ann, idąc spokojnym krokiem, opatulona w mój szlafrok.
-Ann pomóż nam!- nie widząc żadnej reakcji, dodałam- Co cię ugryzło!
Moja cholerna przyjaciółka, nie robiąc sobie nic z moich jęków i błagań ziewnęła szeroko, zakrywając usta ręką, na której widniało sporej wielkości ugryzienie ^^.
-TO- wskazała spokojnie palcem na wystający ogon, drącego się w niebogłosy kota.
Na litość boską czy ten dzień się skończy!
Moje pełne rozpaczy jęki przerwały huki dochodzące ze Zbawiciela wnętrza windy, głośne prychnięcie i nie pierwsze już tego wieczoru przekleństwa Męża...
Po chwili drzwi się otworzyły i wyszedł z nich potargany i zmordowany Alex, trzymając za sierść kota, jak najdalej od siebie, z zakrwawioną ręką przy ustach.
-Pieprzony! Uchlał mnie!
-No już dobrze kochanie...chodź do mnie...- wymruczałam zbliżając się do niego i biorąc na ręce kota, drapiąc go za uchem i tuląc w ramionach.
Alex spojrzał na mnie z wyrzutem, opuszczają rękę Jezus miał już rzucić jakiś podły komentarz, jednak ja go uprzedziłam, kładąc mu palec na ustach.
-Ćśś...żartowałam tylko- szepnęłam, puszczając zalotnie oko
-No chodź , opatrzymy to- powiedziałam łagodnie, biorąc go delikatnie za rękę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz